LICHWIARZE

Materiał chroniony prawem autorskim

Data oryginalnej publikacji w internecie na www.hazardzisci.info       2007-01-24, 09:34   

LICHWIARZE

 

Minęło już z pięć lat jak napisałam to, co poniższe. Bo pisanie rozdziałów do mojej Książki, myślę, że było też jedną z form terapii dla mnie. Choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Opisałam ileś tam różnych historii – jednych mniej innych bardziej tragicznych…
A czemu tego nie wydałam? Bo pewnie zarobiłabym jakieś pieniądze. I może za te pieniądze zagrałabym,  tak, że …Tak, że ta grająca w moim łbie muzyka, powstrzymałaby moje Moralne Dno. Na chwilę…I być może potem, to moje Moralne Dno nie byłoby dnem, tylko ostatnim stanem ducha w drodze na tamten świat.
Bo kasa, moi  drodzy , to fajna sprawa. Ale jeszcze fajniejszy jest wybór, na co się ją wydaje…I jak ten wybór należy do  nas … A nie decyduje za nas choroba- hazard a raczej ona dokonuje wyboru za nas…Jednego, jedynego wyboru…Wydaj kasę na mnie…na grę…
Isia Wysłany: 2006-11-25, 21:53 „LICHWIARZE”
Lichwiarze – gdzieś mam poprawiony ten tekst, ale  mi się nie chce szukać.
Tak na sobotni wieczór.. trzymajcie  się …

Podczas kiedy na moich oczach ludzie tracili fortuny i oszczędności całego życia, inni dorabiali się majątków .
To byli lichwiarze.
Krążyli między kasynami i salonami gier zawsze usłużni, grzeczni, pocieszający wobec potencjalnych klientów. Wobec dłużników – ostrzy, nieprzyjemni i wulgarni. Przesiadali się z małych fiatów w luksusowe BMW i Mercedesy 600. Mieli stałe teksty i przypominali katarynki.
-no jak tam ?przegrało się? trudno. Trzeba próbować się natychmiast odegrać. Ile gotóweczki trzeba ? Fortuna kołem się toczy, jak koło ruletki. Złą passę trzeba przełamywać. Jutro pieniądze mi się odda, a może nawet i dzisiaj.
-Poddać się to najgorsza rzecz,  jaką można zrobić. Nawet jak się przegra bitwę nie można poddać całej wojny.
W zależności od tego, kogo usiłowali namówić czyli  jaki był poziom intelektualny rozmówcy dobierali odpowiednie argumenty. Z biegiem czasu lichwiarze stawali się znakomitymi psychologami.
Powoli ilość złota, którym byli przyozdobieni malała zmieniając się w rzeczy drobne ale za to drogie. Na przegubach rąk pojawiały się tytanowe Rolexy. W „rodowe” sygnety wprawiali kilku karatowe brylanty a na ich szyjach dyskretnie lśniły platynowe łańcuszki.
– klasa mieści się w szczegółach-zwykli mawiać uśmiechając się skromnie.
W stosunku do krupierów byli zawsze grzeczni. Z dyrekcją, która przymykała oczy na ich działalność na terenie kasyna mieli swoje układy  w które nikt z nas nie ważyłby się wtrącać. Stosowana wobec nich była taktyka „brown nose” czyli „brązowego nosa „ co oznaczało wchodzenie im do dupy. Kelnerki dostawały od nich sute napiwki więc wdzięczyły się do nich. Zresztą los kelnerek  na których odgrywali się wszyscy był nie do pozazdroszczenia. Jeśli zmieniały popielniczkę w trakcie rzutu, a grajacy  przegrał to były wyzywane od kurew i szmat ,bo zapeszyły lub mówiąc językiem kasyna „zatrądziły” w ten sposób grę. Z drugiej strony dyrekcja kazała utrzymywać porządek wiec ich praca była niezłą ekwilibrystyką. Trzeba przyznać, ze były to bardzo ładne dziewczyny ale często ich poziom intelektualny pozostawiał wiele do życzenia. Pamiętam jak jeden z graczy chciał zamówić wódkę pod tytułem krupnik i usłyszał w odpowiedzi :
-zup to my tu nie serwujemy.
Szatniarze byli opłacani i mieli obowiązek dzwonienia do lichwiarzy,  jeśli pojawiali się w kasynie wierzyciele lub zgrani goście mogli stać się potencjalnymi klientami. Dla ochroniarzy ,lichwiarze podobnie jak sutenerzy byli wzorem do naśladowania.
– oni to dopiero mają łeb do interesów. Żeby tak człowiek miał trochę kapitału to też by tak mógł rozwinąć interes – wzdychali zazdrośnie.
Tego, że interes lichwiarzy kręci się na ludzkim uzależnieniu od hazardu ,czyli wielkim nieszczęściu graczy i ich rodzin nie dostrzegał nikt. A jeśli nawet dostrzegał to przymykał oczy. Każdego interesowały jego własne sprawy.
Jednym z najsłynniejszych lichwiarzy był Robert zwany Robert Kop.
Przez lata był on „małym” pijaczkiem i tzw. drobnym graczem. Zawał serca ,odejście żony, wyjazd córek za granicę ,częste pobyty w izbach wytrzeźwień i na oddziałach detoksykacyjnych szpitali psychiatrycznych, po czym kolejny zawał sprawiły ,że Robert postanowił zostać Kimś przez duże „ka”.
I tak zaczęła się jego lichwiarska kariera. Zaczynał od pierwszych ukradzionych komuś 100 zł. Pożyczył je zdesperowanemu hazardziście, który miał szczęście i odegrał się na ruletce. Jeszcze tej samej nocy oddał Robertowi 1000 złotych.
-ty stary skurwysynie ,ta twoja stówka przyniosła mi szczęście.
Po kasynie rozniosło się, że pieniądze pożyczone od niego potrafią się rozmnożyć w szybkim tempie.
Zaczęła się dla niego złota passa. Wszyscy chcieli od Roberta pożyczać. Początkowo były to legendarne stówki.
A potem coraz większe sumy. Jeśli ktoś przegrywał winę zrzucał na wszystko inne tylko nie na Roberta. Ten był świętością. Jeśli ktoś nie oddawał długów na czas, Robert cierpliwie czekał. W końcu dziesięć procent dziennie, na które pożyczał pieniądze był dobrowolny i jak mawiał :
-on nikogo do pożyczek nie zmusza.
W sumie było to 3600 procent rocznie.
Z czasem przestał działać sam. Powstała cała lichwiarska sieć . Jego pracownicy byli inteligentni, nierzadko po wyższych studiach. Zwykle towarzyszyli im bardzo dyskretnie ochroniarze. Sumy, które można było pożyczać stawały się coraz wyższe. Robert zatrudniał też wywiadowców , którzy zdobywali informacje o wiarygodności i zdolnościach kredytowych klientów. Z pewnością nikt, żaden bank ani inne „wywiadownie” nie miały takiej bazy danych o swoich klientach, jaką dysponował „Robert Kop”.
Gdy w grę wchodziły sumy rzeczywiście duże ,pieniądze zabezpieczał notarialnie zawsze towarzyszący mu prawnik.
Ostateczna formą odzyskania długu było wywożenie klienta do lasu. Padało wtedy słynne „kop”. Chodziło oczywiście o kopanie sobie grobu. Stąd też wzięło się przezwisko:”Robert Kop” Nie wiem, na ile była to legenda ale faktem było ,że to działało. I stąd wzięło się przezwisko: „Robert Kop”
Nawet najbardziej oporni dłużnicy, kiedyRobert napomykał o wycieczce do lasu na grzybki lub inne leśne owoce bledli, przestawali się stawiać i zwykle regenocjwali formę oddawania długów.
Wszyscy,  ale to dosłownie wszyscy wiedzieli o działalności Roberta. Czasem tylko usiłowali stawiać mu się gracze związani z policją lub innymi służbami państwowymi,  ale i ci po jakimś czasie przyzwyczaili się oddawać pieniądze w zębach.
Jeśli któryś z graczy popełniał samobójstwo wliczane to było w ryzyko firmy, bo tak z czasem Robert zaczął nazywać swoją lichwiarską działalność.
Jedyną rzeczą ,której nie mógł przeżałować było to, że nie może swojej „firmy” zarejestrować. Miał na tyle wewnętrznego „taktu”, że wiedział, że nie powinien przesadzać.
Kiedy pojawiała się konkurencja niszczył ją w zarodku.
Robert był przykładem, że kasyno nie tylko niszczy fortuny,  ale również je buduje. Szkoda tylko, że lichwiarze są w sumie jedynym z nielicznych przykładów ludzi, którzy bogacili się w szybkim tempie, który mogę podać.
Dodam, że ksywka Roberta „kop” naprawdę nie miała nic wspólnego z angielskim słowem „COP” , które jest slangową nazwą policjanta. Być może słowo „kop” było ostatnim słowem, które słyszeli co oporniejsi dłużnicy .
Ale tego nigdy się nie dowiem…
Isia

Errata:
DOPISANE PO PIĘCIU LATACH: DZISIAJ ZMIENIŁABYM FORMĘ TEGO OPOWIADANKA I JEGO DYNAMIKĘ.
ZAMIAST TEGO, PÓKI CO, DOPISUJĘ ZAKOŃCZENIE CZYLI STAN RZECZY NA DZIEŃ DZISIEJSZY:

Jeżeli myślicie, że te pieniądze zmieniły, cokolwiek w życiu Roberta-Kopa, to macie rację…
Mieszka w lux- posiadłości,
Ma kasy jak lodu.
Ale po tej posiadłości, snuje się sam, jak „chuj na weselu”. Panienki są na chwilę, jego przyjaźnie są na chwilę…
Czy Życie moi Drodzy ,jest na chwilę…

Potem coś dopiszę…
Isia